Strona:Mali mężczyźni.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Tu, Alfred umilkł i odgryzł porządny kawał piernika, jak gdyby dla zapewnienia się, że te ciężkie czasy już minęły; potém dodał rzewnie: „Alem ja kochał skrzypki, i tęskno mi do nich. Nikolo zabrał je po śmierci ojca, i nie chciał mię dłużéj trzymać, dla tego żem wątły.“
„Jeżeli dobrze grasz, to będziesz należał do orkiestry, zobaczysz!“
„Czy wy tu macie orkiestrę?“ zapytał Alfred, i oczy mu zabłysły.
„Ma się rozumieć, i jaką ładną! Sami chłopcy ją składają. Urządzamy koncerta i tym podobne rzeczy. Przekonasz się, co się tu dziać będzie jutro wieczorem.“ Po tych słowach mile łechcących ciekawość, Tomek wziął się napowrót do wieczerzy, Alfred zaś wpadł w błogą zadumę nad pełnym talerzem.
Pani Bhaer słyszała tę ich rozmowę, chociaż się zdawało że cała zajęta nalewaniem w kubki i dozorowaniem Teodorka, który był tak śpiący, że włożył sobie łyżeczkę w oczko, kiwał główką jakby czerwona makówka, i nareszcie usnął na dobre, oparłszy policzek na pulchném ciastku, w miejscu poduszki.
Umyślnie pomieściła pani Bhaer Alfreda przy Tomku, bo jego otwarte i łatwe obéjście było zawsze pociągającém dla nieśmiałych chłopców. Alfred widocznie uległ także temu wpływowi, zwierzył mu się bowiem z różnych drobiazgów w czasie wieczerzy, a pani Bhaer przysłuchając się, lepiéj poznała jego charakter, niż gdyby się była wdała sama w rozmowę.
Pan Laurence w liście swoim tak się wyraził o Alfredzie:
„Droga Ludko, posyłam ci chłopca z rzędu tych, co ci najlepiéj przypadają do serca: jest on sierotą, chorym, i bez opieki. Dotąd był ulicznym grajkiem,