Strona:Mali mężczyźni.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się tém zajmował. Umiał téż węży przywoływać gwizdaniem; wiedział kiedy jaki kwiat zakwitnie; pszczoły go nie kąsały; o rybach i mchach, o Indjanach i skałach, opowiadał najcudowniejsze rzeczy w świecie.“
„Pewno przez te ulubione przechadzki z panem Hyde, zaniedbywało się pana Page,“ powiedziała figlarnie pani Ludwika.
„Prawda; gniéwało mię to, gdym musiał pléć lub kopać motyką, zamiast się wałęsać po świecie. Page nazywał takie rzeczy głupiemi, a pana Hyde szaleńcem, dla tego że godzinami leżał na ziemi, śledząc pstrąga lub ptaka.“
„Tak;“ rzekła pani Ludwika „Page jest prostym rolnikiem, więc nie mógł tego zrozumiéć, że naturalista podejmuje równie zajmującą, a nawet równie ważną pracę, jak on. — Słuchaj co ci powiem, Danie; jeżeli, o ile mi się zdaje i co mię cieszy — prawdziwie lubisz te rzeczy, postaram się, żebyś się ich uczył. Chciałabym jednak, żebyś pracował nad czémś więcéj, i to pilnie, bo inaczéj pożałujesz kiedyś i przekonasz się, że trzeba wrócić do początków.“
„Usłucham panią,“ rzekł potulnie, zalękniony surowością jéj ostatnich słów, nienawidził bowiem książek, ale widocznie uczynił postanowienie, że wszystko zrobi, co tylko ona zechce.
„Widzisz tę szafę o dwunastu szufladach?“ zapytała niespodzianie.
Dan spojrzał na dwa staroświeckie biórka po obu stronach fortepianu: znał je dobrze i często widywał, jak wyjmowano z szuflad postronki, gwoździe, bibułę, i tym podobne, pożyteczne przedmioty. Skinął więc głową z uśmiéchem, a pani Ludwika mówiła daléj: