Strona:Mali mężczyźni.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na to wezwanie, chłopczyk czytający na wschodach, spojrzał wielkiém, ciemném okiem, i zawahał się chwilkę, jak gdyby przez nieśmiałość; poczém włożył książkę pod pachę, i zeszedł poważnie na dół, by powitać nowo przybyłego. Przyjemna twarz jego i miłe spojrzenie od razu pociągnęły Alfreda.
„Czyś widział Ciocię Ludkę?“ zapytał Adaś takim tonem, jak gdyby to był jakiś uroczysty obrządek.
„Nikogom dotąd nie widział prócz tych chłopców, i czekam właśnie,“ odparł Alfred.
Czy cię przysłał wuj Artur? pytał daléj Adaś grzecznie, ale z powagą.
„Pan Laurence mię przysłał.“
„To jest wuj Artur; on nam zawsze przysyła miłych chłopców.“
Alfred zdawał się uradowany temi słowy i uśmiech ożywił jego wynędzniałą twarz. Nie wiedział coby daléj mówić, więc stali obaj patrząc na siebie w przyjazném milczeniu, dopóki nie nadeszła owa dziewczynka z lalką na rękach. Bardzo była podobna do Adasia, tylko nie tak duża; miała też okrąglejszą, różowszą tworzyczkę, i niebieskie oczki.
„To moja siostra, Stokrotka,“ odezwał się Adaś z takim naciskiem, jak gdyby przedstawiał jaki rzadki i cenny przedmiot.
Dzieci ukłoniły się sobie, i dziewczynce z radości porobiły się dołki w twarzy, gdy rzekła uprzejmie:
„Mam nadzieję że z nami pozostaniesz. Tak się tu dobrze bawimy, — prawda Adasiu?“
„Ma się rozumieć że się dobrze bawimy; Ciocia Ludka umyślnie ma na to Plumfield.“
„Prawda że tu bardzo ładnie,“ zauważył Alfred