Strona:Maksym Gorki - W więzieniu.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiedz! I wie pan, na dobitek nieszczęścia Aleksiej zbeształ popa jak psa... Mówię: Ach ty gałganie, ach ty szubrawcze, jakżeś ty śmiał! A on do mnie. No, tego były mi za dużo, porwałem garnek z kaszą i cisnąłem mu w łeb... rozwaliłem mu nieźle pysk... I wie pan... poszedł sobie precz i od tej pory nie widziałem go już, ani nie słyszałem o nim... tak, tak... poszedł. Tacy wyście, tacy wy wszyscy... wy młodzi... ha, ha!
— Czy wam go nie żal? — spytał cicho Misza.
Stary milczał chwilę. Potem poskrobał się za uchem, pomruczał przez parę sekund coś pod nosem i rzekł spokojnie:
— Czasem mi go żal... żal mi wszystkich... czasem nawet morderców... tak... tak. Bo wie pan... nie każdy zabija tak ni z tego ni z owego... często ma powód słuszny i sprawiedliwy. Niektórym mordercom winno się wdzięczność... naprzykład katom. Oni zabijają także z pewnych powodów, dla przyjemności wszystkich... zabić mordercę, to nie grzech przecież, ha? A czy pan myśli, że to katowi miło?
Misza wychylił się szybko przez okienko, by zobaczyć jaki wyraz ma twarz człowieka, który bezwiednie odepchnął od siebie, syna własnego, a teraz jest w stanie żałować kata. Ale twarz Kornieja była jak zawsze podobna kamieniowi, pokrytemu pęknięciami, w którym tkwiły matowo połyskujące oczy, jak dwa szkła kawałki.
— Czemuż pan wygląda? — spytał stary.