Strona:Maksym Gorki - W więzieniu.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak sobie tylko — odparł cichym głosem Misza. — Ale mówcież Kornieju Daniłowiczu, czemu wam się nie podobało, że wasz syn wdaje się ze sztundystami?
— Mówiono tu, że to nauka szkodliwa... zresztą przed kilku laty siedzieli tu sztundyści... byli to... bardzo porządni chłopi! Umieli wszyscy czytać i pisać, byli spokojni, nic złego w nich nie spostrzegliśmy. — Nie, doprawdy, to byli bardzo dobrzy aresztanci... pytałem o mego syna Aleksieja... Nie wiemy, mówią: Jest nas bardzo wielu. Zresztą to i słusznie... siadują tutaj często...
Milczał chwilę, potem ciągnął dalej:
— Teraz coraz więcej zbrodniarzy... przedtem byli to sami złodzieje, rabusie, mordercy... ha, czasem nawet, odpuść Boże, — świętokradzcy... ale teraz mamy robotników, studentów... politycznych, sztundystów i dyabli wiedzą kogo jeszcze... masę połapano... zaczyna być ciasno...
Nie mówcie tak Kornieju — odparł szybko i z zapałem Misza nie mówicie tak, bo nie wiecie... ludzie chcą życie poprawić... chcą, by wszystkim było lepiej...
Za drzwiami rozległ się cichy, suchy śmiech, stary odkaszlnął i rzekł:
— Ha, słyszałem, ja to... tak, tak... słyszałem. Wszyscy wasi tak gadają...
Wyprostował się i odszedł, jakby był niezadowolony i zły nawet.
Innym razem opowiedział taką historyę: