Strona:Maciej Wierzbiński - Pękły okowy.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Wystąpił problem z korektą tej strony.


drżały na zaślinionych wargach. Wiktor nie dał się oderwać od podłogi. A siły swe oszczędzał jakby chcąc zgotować widzowi niespodziankę.
Trwało to kilka chwil, które wydawały się kwadransami, aż zgasła sztuczna podnieta w mięśniach Gronosky’ego, nastąpiła reakcja i siły jego cofały się z ramion. Polak odczuł pewien [...] na barometrze napięcia i coś szepnęło mu w duszy: teraz!!!
Z brawurowem: hurra! wszystkich swych sił szturmujących zsunął raptem obręcz ramion niżej, wywarł maksymalny nacisk na nerki przeciwnika, jakby chcąc powalić go na kolana, zaczem, błyskawicznie podstawiwszy mu prawą stopę od tyłu, podważył głową jego zadartą głowę, podważył jego całego. Przyczajony, niejako zazębiony w przeciwnika porwał go i —
Lis odskoczył w bok. Jak potężny pień drzewa Gronosky runął wznak jak długi, grzmotnął głową w podłogę.
Łoskot odbił się o ściany, lecz nie zbudził, nie przywołał w pomoc dwóch rozciągniętych opodal żołnierzy. Na pyzatych licach Lisa przemknął odblask zadowolenia.
Wprawdzie Gronosky nie wypuścił zrazu Wiktora z rąk, lecz zwycięzca wyzyskał moment niemal zupełnej swobody ruchów i ujawnił swą elastyczność. Niby jaguar rzucił się na ofiarę; wtłoczył się kolanami w brzuch wroga a gardło jego zakuł w nieubłagane szpony rąk.
Natychmiast opadły ramiona powalonego; oczy jego wystąpiły z orbit niby cebule. A Wiktor, chrapiąc niby rumak spieniony, wykrztusił rodzime swe, najmocniejsze:
— Ty giździe!... Ty Prusaku!
Straszne, rozpaczliwe szamotanie poczęło się na podłodze, lecz Gronosky nie mógł wydostać się z pazurów tego sokoła. Okrutne palce wpijały się w