Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż może być dalej!
— O przeszłości swej nic-że nie wiesz?
— Prawie nic.
— To „prawie nic“ może mieć swe znaczenie, Opowiedz mi je.
— Prawdę rzekłszy, nie sądzę, abym należał do rodu Ben-Joela.
Z piersi Cyrana wybiegło westchnienie ulgi.
— Na czem opierasz swą wątpliwość?
— Na wspomnieniach.
— Widzisz zatem, że coś pamiętasz z przeszłości.
— Cóż z tego! Jeżeli wypadkiem jestem podrzutkiem, któż mi zwróci moją rodzinę?
— Pewni ludzie — zauważył ze szczególnym naciskiem — potrafią odnaleźć igłę w stogu siana. Pochlebiam sobie, że do tych ludzi należę.
Manuel zerwał się gwałtownie ze stołka. Oczy jego błyszczały, w piersiach szybko się podnoszących głośno kołatało serce.
— Panie! pan wiesz coś o tem? — zawołał w uniesieniu — zaklinam cię: wyjaw mi to!
— Ciągnij dalej swe opowiadanie! — rozkazał zimno Sawiniusz.
— Cóż pan chce jeszcze usłyszeć?
— Wspomnienia twoje. Najmniej znaczące dla ciebie, mogą mieć dla mnie wartość nieocenioną — decydującą.
Improwizator milczał przez chwilę, zbierając myśli, Potem rzekł: —
Rzeczą, która najtrwalej zapisała się w mej pamięci, jest mieszkanie ojca Ben Joela. Przebywałem tam z jego synem, dzisiejszym towarzyszem włóczęgi, z jego siostrą Zillą, wówczas jeszcze maleńką, i z jednem jeszcze dziecięciem, które umarło w kilka lat później.
— Otóż to! A jak było na imię temu dziecięciu?