Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ben Joel wołał na nie Samy; ja zaś, nie wiem dlaczego,nazywałem je Szymonkiem.
Cyrano „Nieustraszony,” który nie doświadczyłby wzruszenia przed ostrzami dwudziestu szpad, na dźwięk tego imienia pobladł i zadrżał.Zauważył to młodzieniec i zatopił w nim wzrok,pełen ciekawości i niepokoju. Szlachcic nierad był temu, odzyskując więc natychmiast zimną krew,zapytał głosem zupełnie już spokojnym:
Szymonkiem, mówisz? A czy przed dziecięciem i tymi cyganami nie znałeś innych jeszcze osób?
Gdy wytężam pamięć, majaczą mi jeszcze przed oczami postacie jakichś starców i kobiet...dalej, inne dzieci,starsze ode mnie... jedno zwłaszcza... szczupłe...z miną zawadjacką... z głosem pewnym siebie...
— Cóż to za dziecko?
— Niech pan zaczeka... — i Manuel jął pocierać czoło zagłębiając się myślą w dalszych wspomnieniach. — To dziecko znajdowało się prawie nieustannie przy mnie, i często... często — biło mnie.
— Nie zapomina się nigdy tych, co nas bili — zauważył nawiasem Cyrano. — Kij jest niezrównanym środkiem na wzmacnianie pamięci.
— To dziecko biło mnie, a jednak bardzo je kochałem — ciągnął Manuel. — Jego imię?... Zdaje mi się, że przypomnę sobie to imię...
— Na Boga, wymień je! — zawołał Cyrano, zrywając się ze stołka.
Gdyby Manuel zwrócił był w tej chwili wzrok na poetę, dostrzegłby, że silnie dysząca pierś podnosi jedwab jego kaftana i że duże krople potu perlą się na jego czole.
Ale uwaga młodzieńca zajęta była czem innem.
Manuel zapomnił na chwilę o człowieku, któ-