Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mu, potrafi dziś klecić piękne rymy dla młodych, pięknych dam.
— A co się stało z Włochem?
— Umarł.
— Śmiercią naturalną?..
— Najnaturalniej w świecie, objadł się zanadto i skończył z niestrawności.. Poczciwiec zrobił się na stare lata strasznym obżartuchem.
— Wieczny mu odpoczynek! — Powrócimy do Manuela. Mówiłeś mi, że to dziecko losu?
— Tak.
— Z tego samego plemienia, co ty?
— Tak sądzę...
Cyrano ścisnął rękę Ben Joela jak kleszczami i, przeszywając go surowym wzrokiem, rzekł z mocą:
— Pewnyś tego?
— Naco to pytanie? — odparł cygan z widocznem pomieszaniem,
— Ja bowiem o pochodzeniu Manuela sądzę inaczej!
— Cóż jasny pan sądzi?
— Że to jest dziecko skradzione!
— Skradzione! — powtórzył Ben Joel, bledniejąc mimowolnie.
— Tak, skradzione; nie przez ciebie, boś na to za młody, ale przez kogoś z twego plemienia — może przez ojca twojego.
— Ależ, dobry Boże — zauważył Ben Joel głosem dość naturalnym — i w jakimże celu mianoby dziecko wykradać?
— Do kroćset! aby zeń zrobić, co robią wszyscy tobie podobni! Aby posługiwać się nim, jako przynętą, w żebraninie; aby układać go, jak psa gończego, do kradzieży, a może i zbrodni; aby wreszcie później wymóc okup za niego na rodzinie! Pytasz, w jakim celu? Czyż ja mogę znać