Strona:Ludwik Gallet - Kapitan Czart. Przygody Cyrana de Bergerac.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Kiedy bo...
— Byłożby twoje poddasze zbójecką pułapką, do którego wstęp zagraża porządnym ludziom niebezpieczeństwem?
— Co za przypuszczenie!
— Chodźmy zatem.
Ben Joel usłuchał rozkazu, choć mu wcale nie było to po myśli.
Pogadajmy trochę — rzekł Cyrano w drodze.
— Kto to jest ten Manuel?
— Dobry kolega... jak ja.
— I czy tak samo, jak ty, ulega pokusom, o których wspomniałeś?
— Och nie, nigdy! — zapewnił zbój z akcentem szczerości w głosie. — To charakter wspaniałomyślny i prawy.
Cyrano odetchnął głęboko.
— Jakie jego pochodzenie? — badał dalej.
— Jest dzieckiem losu, jak my wszyscy.
— Zdaje się jednak, że posiada jakieś wykształcenie, Gdzie go nabył?
— Wszędzie i nigdzie. Zbierał je okruchami, przygodnie, jak ptak ziarna, rozsypane na gościńcu, Jednak wspomnieć muszę o jednej okoliczności. Kiedy żył mój ojciec i banda nasza nie była jeszcze rozproszona — ojciec mój bowiem był jednym z wodzów pokolenia — przystał do nas pewien doktór włoski, dobra dusza, który musiał opuścić ojczyznę z powodu jakiegoś pchnięcia szpadą... zanadto trafnego... Jasny pan rozumie?
— Jak najlepiej. Mów dalej.
— Ten doktór był bardzo uczony, Zajął się on Manuelem i, przekonawszy się, że chłopiec ma zdolności, zrobił go, swym uczniem. Nudziło się nieborakowi; szukał jakiejkolwiek rozrywki. Manuel zabrał się z całego serca do nauki, i otóż dzięki te-