Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


już tego nic próbował. Od tej chwili kot Magdy panował na miejscu przed kominkiem. Morusek nigdy się już z nim nie stykał.
Ale oto Józek usiadł i ziewnął. Morusek, który płonął żądzą pomszczenia swojej porażki, skoczył na niego. Józek, usposobiony z natury pokojowo, potrafił w potrzebie dobrze walczyć. Rezultatem była serja długotrwałych potyczek. Codziennie gdy tylko się ujrzeli, Morusek i Józek rozpoczynali walkę. Ania stała po stronie Moruska i nienawidziła Józka. Stella była w rozpaczy. Zaś ciotka Jakóbina śmiała się tylko.
— Niech się biją, — mawiała wyrozumiale, — po pewnym czasie zawrą przyjaźń. Józkowi trzeba trochę ruchu, zanadto już tył. A Morusek niech się nauczy, że nie jest jedynym kotem na świecie.
Ostatecznie Józek i Morusek pogodzili się z sytuacją i z nieprzejednanych wrogów stali się nierozłącznymi przyjaciółmi. Sypiali na tej samej poduszce, obejmując się łapkami, i wzajemnie myli sobie pyszczki.
— Przyzwyczaiłyśmy się wzajemnie do siebie, — rzekła Fila, — a ja nauczyłam się zmywać naczynia i zamiatać podłogę.
— Ale nie chciej nas znowu przekonywać, że umiesz zachloroformować kota, — zaśmiała się Ania.
— To była wina dziury w pudełku, — zaprotestowała Fila.
— Dobrze się stało, że w pudełku była dziura, — rzekła Jakóbina nieco surowo. — Kocięta powinno się topić, to przyznaję, gdyż inaczej świat byłby zasypany kotami. Ale przyzwoitego, dorosłego kota nie powinno się zabijać. Chyba, że wypija jajka.