Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W pudełku była dziura — jęknęła Fila. — Nie zauważyłam jej pierw. To jest powodem, że kot nie zdechł. Musimy teraz zacząć wszystko na nowo.
— Nie, nie zrobimy tego! — oświadczyła nagle Ania. — Nie zabijemy już Moruska! To mój kot i ja go biorę pod swoją opiekę.
— No dobrze, jeżeli zdołasz go pogodzić z ciotką Jakóbiną i kotem Magdy, — rzekła Stella z miną człowieka, który umywa od wszystkiego ręce.
Od tego czasu Morusek należał do rodziny. Sypiał na brudnej poduszce w tylnym korytarzu i odżywiał się doskonale. Zanim przybyła ciotka Jakóbina, przytył i nabrał pewności siebie. Ale jak kot Kiplinga, chadzał zawsze własnemi drogami. Każdy kot był jego nieprzyjacielem i on był nieprzyjacielem każdego kota. Stopniowo pokonał wszystkie arystokratyczne koty w alei Spofforda. Co do ludzi, to kochał tylko Anię. Nikt nie ważył się nawet pogłaskać go.
— Mina tego kota jest nieznośna! — oświadczyła Stella.
— Morusek jest pięknym kotkiem, — zaoponowała Ania, ściskając swego ulubieńca.
— Ciekawam tylko, jak on się pogodzi z kotem Magdy, — rzekła Stella pesymistycznie. — Walka kotów tu w pokoju jest przecież nie do pomyślenia.
W oznaczonym czasie przybyła ciotka Jakóbina. Ania, Priscilla i Fila oczekiwały jej przybycia z niejakiem uprzedzeniem, ale gdy ciotka Jakóbina zasiadła na tronie w bujaku przed otwartym kominkiem, wszystkie otoczyły ją z ubóstwieniem.
Ciotka Jakóbina była niską starą kobieciną o małej, lekko trójkątnej twarzy i wielkich niebieskich oczach, pro-