Przejdź do zawartości

Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

 — Nie będzie cierpiał, — pocieszyła ją Fila, ale Ania uciekła.
 Złowieszczy czyn spełniony został w korytarzu kuchennym. Nikt się tam tego dnia nie zbliżał. Ale o zmroku Fila oznajmiła, że trzeba Moruska pochować.
 — Prissy i Stella muszą wykopać dół w ogrodzie, — zawyrokowała Fila, — a Ania niech pójdzie ze mną podnieść pudełko. Tej części zadania ja nigdy znieść nie mogę.
 Dwie sprzysiężone z niechęcią ruszyły na palcach do tylnego korytarza. Fila uniosła kamień, który położyły na pudełku. Nagle rozległo się słabe miauczenie.
 — On żyje! — jęknęła Ania, siadając blada na progu kuchni.
 — To niemożliwe!
 Drugie słabe miauczenie dowiodło, że Fila nie miała racji. Dziewczęta spojrzały po sobie.
 — Co teraz zrobimy? — zapytała Ania.
 — Dlaczego nie idziecie? — zawołał Stella, zjawiając się w bramie. — Grób jest już gotowy.
 — Głosy śmierci brzmią jeszcze! — odpowiedziała Ania uroczyście, wskazując na pudełko.
 Salwa śmiechu przerwała naprężenie.
 — Musimy go tu zostawić do rana, — rzekła Fila, odkładając kamień na miejsce. Od pięciu minut nie miauczał już. Może miauczenie, któreśmy słyszały, było jego jękiem śmiertelnym. A może to było tylko nasze złudzenie, wywołane wyrzutami sumienia!

 Ale gdy następnego ranka podniesiono pudełko, Morusek jednym susem skoczył na ramię Ani, gdzie z miłością począł lizać jej twarz. Żaden kot nie był bardziej żywy!