Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pełnie opróżniony. Jerzy Whitefield i książę Wellington są na strychu. Tak mija chwała świata, — zakończyła Ania ze śmiechem, w którym brzmiała nutka żalu, — niemiła to rzecz, gdy dawne nasze ołtarze są sprofanowane, nawet wtedy, gdyśmy je przerośli.
— Tak pusto tu będzie, gdy odjedziesz, — westchnęła Diana po raz setny. — I pomyśleć, że odjeżdżasz już w przyszłym tygodniu!
— Ale jesteśmy jeszcze razem, — rzekła Ania wesoło. — Niech dzień jutrzejszy nie mąci nam radości dzisiejszego. Nie mogę znieść myśli, że wyjeżdżam sama... tak jestem zaprzyjaźniona z domem. Ty mi mówisz o samotności! Ja właśnie powinnam wzdychać. Ty zostaniesz tu w gronie starych przyjaciół — z Alfredem! Gdy ja będę sama wśród obcych, nie znając nikogo!
— Z wyjątkiem Gilberta i Karola Slone, — rzekła Diana, odcinając się za przytyk Ani.
— Karol Slone będzie dla mnie rzeczywiście wielką pociechą, — odpowiedziała Ania ironicznie, i obie panienki roześmiały się. Diana wiedziała doskonale, jakie było zdanie Ani o Karolu Slone, ale mimo wielu poufnych rozmów nie była pewna, co myśli Ania o Gilbercie Blythe. Ania sama tego z pewnością nie wiedziała.
— O ile wiem, będą oni zresztą mieszkali w innym końcu Kingsportu, — ciągnęła Ania. — Jestem zadowolona, że jadę do Redmondu, i jestem pewna, że po pewnym czasie polubię go. Ale podczas pierwszych paru tygodni będę się czuła bardzo źle. Nie będę miała nawet tej pociechy, aby mieć nadzieję odwiedzenia w niedzielę domu, jak to było, gdy uczęszczałam do Seminarjum. Boże Narodzenie będzie mi się wydawało odległe o tysiąc lat.