Strona:Lucy Maud Montgomery - Ania z Wyspy.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak je zakończysz, szczęśliwie, czy nieszczęśliwie?
— Nie jestem jeszcze zdecydowana. Wolałabym je zakończyć nieszczęśliwie, gdyż byłoby to bardziej romantyczne, ale rozumiem, że wydawcy są przeciwni smutnym zakończeniom. Słyszałam, jak profesor Hamilton powiedział kiedyś, że nikt prócz genjuszów nie powinien próbować pisać nieszczęśliwego końca. A ja, — zakończyła Ania skromnie, — daleka jestem od tego, by być genjuszem.
— O, mnie się najwięcej podobają szczęśliwe zakończenia. Najlepiej każ im się ożenić, — rzekła Diana, która zwłaszcza od czasu zaręczyn z Alfredem sądziła, że tak powinna się kończyć każda historja.
— Ale lubisz przecież płakać nad opowiadaniami!
— O tak, w środku. Ale lubię, żeby pod koniec wszystko układało się jednak dobrze.
— Muszę mieć w tem opowiadaniu jakąś patetyczną scenę, — rzekła Ania w zadumie. — Może Robert Ray zostanie zraniony podczas wypadku i zrobię scenę śmierci.
— Nie, Bobusia nie zabijaj! — oświadczyła Diana ze śmiechem. — On należy do mnie, a ja chcę, żeby żył i rósł. Zabij kogoś innego, jeżeli ci to jest potrzebne.
Przez następne dwa tygodnie Ania wpadała w skrajną radość lub smutek, zależnie od tego, jaki obrót przybierała jej literacka praca. Czasem była wesoła, gdy miała jakiś świetny pomysł, czasem znowu ogarniało ją przygnębienie, gdy rola wypadała niezbyt dobrze. Diana nie mogła tego zrozumieć.
— Każ im tak postępować, jak ci to potrzebne!
— Nie mogę, — skarżyła się Ania. — Aweryla jest taką bohaterką, która nie pozwala sobie rozkazywać. Chce czasem robić lub mówić rzeczy, o którychbym nigdy nie pomyślała, że je zrobi lub powie. Wtedy psuje mi to