Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W ten zespół tynku, drzazg i żelastw
wbiega cieniutki gwizd i śmiech.
Skąd taki gwar i taki szelest,
tak wiele barw i tyle ech?
Czyżby ptaszęcy żywy sad
nawiedził obumarłe sprzęty?
A może nowy ląd nietknięty,
pełny motyli — oknem wpadł?
Nie ląd, ni sad, nie preria wolna,
nie ptaków śpiew, nie kwiatów szkarłat,
ale obdarta dziatwa szkolna
do izby się z dziedzińca wdarła.
Wloką się, strzępią i furkocą
ojcowskie spodnie, serdak matczyn.
Włosy — jak dzień zmieszany z nocą.
Ławki od werbla rąk dygocą
rytmem nierównym i pokracznym.
Biją o strop skłócone głosy,
plącze się pięt bałagan bosy.
Okna wtórują cienkim szkłem,
po ścianach idzie dreszcz — i wtem:

To nie błyszczący upadł grosz,
zapracowany w pocie czoła,
nie miedziak brzęknął w szklany klosz,
lecz dzwonek zerwał się i woła.
Jak dniówka, jak machorki zioła,
jak majstra nad głowami cień,
dymić zaczyna, jak co dzień,
powszechna i bezpłatna szkoła.