Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A cóżeś ty, kamienna szkoło, za szkoła,
jeśli w sercu o tobie myśl niewesoła?

A cóżeś ty, drewniana ławo, za ława,
skoroś na łaty gorzkie mało łaskawa?

A któż cię, szkoło ciasna, taką budował,
na jakich to wyrosłaś głodach i kłodach,
że chociaż dosyć miejsca od stóp do pował,
nie pomieścisz ty, szkoło, głów naszych młodych?

Żar słoneczny w południe ciemiona parzy,
kurz osiada na czole, na końcu pióra.
Wysnuwa się, wypływa z twych korytarzy
szara nuda bezdenna, litania bura.

Na pulpitach spłowiałe więdną zeszyty,
rozlewa się atrament kroplą niebieską.
Wyłupiasty jak bulwa, jak pień — poryty,
łysy łeb dyrektorski skrzypi nad deską:

O tym, że orły i że lot,
że pierś, i pióra, i przedmurze,
że wstęgi dróg i flagi flot,
i na obrońców czołach róże,
że węgiel nasz, i Śląsk, i Hel,
i Ukraina w złotych plonach.
Lecz sławiąc piór i skrzydeł biel,
jakoś nie wspomniał nic o szponach.