Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dziecko szło w koszulinie do pięt,
W łapeńkach niosło irysu pręt:
Wstał starszy gracz — i siłą
Koszulę odebrał miłą.
Nagie do wioski wróciło.

Szła dziewczyna łąkami na skos,
Na wargach słońce, na włosach wrzos;
Wstał drugi, bez rzęs dziobaty,
Obciął majchrem i włosy, i kwiaty,
We łzach wróciła do chaty.

Wśród szeptu sitowia starzec szedł,
Zbożową miał brodę, zgięty grzbiet;
Gracz trzeci tę brodę sędziwą
Namotał na dłoń jak przędziwo,
O pień rozbił głowę siwą.

Wieją kędziory wierzbowych wiech —
W durnia gra rzezimieszków trzech,
Siedli na łukach korzeni
W wachlarze kart wpatrzeni,
A zmierzch już korę czerwieni.

Na końcu nosa liliowy smark,
Papieros w kącie zaciętych warg;
Tępa złowroga gromada.
Kamrat kamrata bada,
A już noc się ku nim podkrada.

Nie drgnie powieka, rozmowę skuł
Posępny wyraz kamiennych skuł;
Tylko drapieżne i rącze,
Palce biegają w gorączce,
A już księżyc wśród kart się plącze.