Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tok lśniących maszyn. Za oknami płynie wiosna.
Niedoczytane słowa
rosną w olbrzymie myśli, w oczach rośnie głowa.

I oto sfruwa z lic twa
zaduma. Plan obronny
dojrzał. Zwołujesz ludzi, z miedzią głos kojarzysz.
Pył włókien, krzyk zwierzchnictwa,
pot czół i godzin tonny
rzucasz na jedną szalę, w drugiej — walkę ważysz.
Niejeden cię towarzysz
słucha z zapartym tchnieniem,
słowa z twych warg wyrywa,
jakby to była żywa
kaskada ziaren, skośnym przeszyta promieniem.
Kropla twej mocy padła
nawet w tych, którym serca chodzą jak wahadła.

O, nigdy nie zapomnę
tej chwili, gdyście razem
strajk rozpoczęli, który dziś w pieśniach się sławi!
Oczy miałaś ogromne
i radując wyrazem
tej drobnej twarzy, którą piegów mgiełka rdzawi,
wołałaś: „Nic nie zdławi
mas jednolitej siły!“
Zmierzchu iskra czerwona
padła ci na ramiona,
gdy pod oknem, na które pająki schodziły,
narady wiodłaś z braćmi.
Krąży papieros... to zajarzy się, to zaćmi...