Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Do uświadomionej robotnicy

(Canzona)


Jak lubię patrzeć z okna,
gdy w mgłami świt omyty
wychodzisz z węzłem sił porannych w sobie!
Pada twój lotny krok na
różowiejące płyty
i twarz się twoja śmieje w słonecznym zasobie.
Lecz drobne ręce obie,
całowane wietrzykiem,
nie mają czasu na to,
by powionąć zapłatą
fali powietrznej, która żegna cię z okrzykiem.
Bo w dali, nad domami,
czernieje komin, smuga dymu błękit plami.

Już poważnieją oczy
i uśmiech z twarzy znika,
na chwilę się pojawia, kiedy swoich witasz.
Już jesteś tam, już tłoczy
mozół pierś robotnika,
i tylko głuchy szum snuje się przez korytarz.
Widzę cię znów, gdy czytasz,
wsparta o starte krosna,
tekst pogniecionej kartki.
Jest przerwa. Umilkł wartki