Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ku czci filologa
I

On nie był marnotrawcą.
Jeśli napęd żywy,
których kości przenika i w płucach gromadzi
powietrze, do złocistej porównam oliwy,
a ciało wielokształtne — do przestronnej kadzi:
on nie rozpryskał płynu bezcennego wokół,
świat myśli mając w sercu, a świat rzeczy w oku,
szedł naprzód korytarzem krętym i niejasnym,
a kędy przeszedł, trawa kwitnęła i jaskry.

Początkiem było może kilka cichych liter...
(O, świateł w antykwami chorobliwy półton!)
...kilka liter, powiadam, nad stronicą żółtą
zbłękitniałych, nim w słowo spłyną jednolite,
i brzmień architekturą skute doskonałą,
odkryją dziwne dale w greckim słowie: „naos“.

Czy chłopiec wielkooki, pochylony czołem
nad splątanymi wodnic łodygami pisma,
wciągał w nozdrza ich zapach? Czy na oczów żary
wilgotne, białe płatki kładły nenufary,
i nurzając płonący mózg w rozkosznym chłodzie
płynęły po tym ogniu, jak po rzece łodzie?