Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiedy dorośnie,
bagnetem najeży karabin,
i będzie wolał polec
śpiewając
rewolucyjny
hymn,
niż zdradzić!
Stanie w szeregu z nami,
zbrojny, do marszu gotowy,
pieśnią do walki poderwan,
i runiemy zwartymi kolumnami
na świat zawalony ścierwem!
Podnieście głowy!

Jesteśmy lawina światła, której ogrom wulkany przepiętrza
i miłością słońce przewyższa.
Jesteśmy wolność,
i zwal, i szał, i szczęścia wystrzał!
Jesteśmy lawina światła, zaczajona w granatowych zakamarkach,
wisząca na krawędzi przepaści, której dno pieni srebrny wodospad.
Lawina czekająca na piorun, aby sfrunąć z wapiennych arkad,
przepaść gruzem zawalić po brzeg, wypchnąć zdrój i na świat wydostać.

Że kaskada człowieczej radości bucha z krwi rozszalałych kaskad,
że pożarem płoną włosy nasze, że bunt zęby nienawiścią wykręca,