Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I światło wsącza się w twą nikłą cerę.
Twych oczu ołów,
jak przetopiony w błyszczącą literę,
lśni z oczodołów.
Myślę, że drgnęła twoja dumna głowa,
wargi spalone
tylko drżą; słyszę sercem twoje słowa
niewymówione.
Po co tłumaczysz się? Ja znam dokładnie
ten słodki nałóg,
płynący z głębin, których nie odgadnie
potęga nauk.
Ja wierzę, ja rozumiem, ja nie żądam
rejestru przeżyć.
Fale ku strasznym zaniosły cię lądom!
Pozwól mi wierzyć!
Ja sam to wszystko wyrażę i powiem:
im słuchać rozkaż!
Toś ty, pod wonnym uśpiony listowiem,
wymyślił rozkosz
tak wielką, że pokrewna jest rozpaczy,
i odtąd płonąc
szedłeś drogami, które pożar znaczy,
po ziemi wionąc.
Palcami błądzić po wypukłych domach
piersi kobiecych,
w zatoki wpływać; czaić się w załomach,
pełnych obietnic. —
To nie zabiło straszliwego głodu!
Wśród tylu kobiet,
pięknych, rozumnych, kochających, młodych,
ni jeden obiekt
tej fantastycznej nie dał ci rozkoszy,
bez której marłeś.