Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jeszcze krok — jeszcze jeden wysiłek — powstańcie!
Powstańcie — z dymu fabryk, z oparów trupiarni —
Powstańcie — jednolici, płomienni, ofiarni!


∗             ∗

Od pruszkowskiej rogatki promień młodociany
Wpada pomiędzy szare i kamienne ściany,
Prześlizguje się Bema, Filtrową i Piękną.
Wywabia z trotuaru każde cienia piętno,
Dopadłszy Marszałkowskiej, wśród nagłych rozjarzeń
Rozkłada się wachlarzem świateł i witrażem,
Znowu składa się, leci na Plac Zbawiciela,
Budzi gołębie, kościół tęczą rozwesela,
Potem przez Nowowiejską przenika do Alej,
Muska Łazienki, sunie po asfalcie dalej,
Przez Nowy Świat, Krakowskie pędzi jak szalony,
I na moście Kierbedzia wieszając lampiony,
Skacze do Wisły!


∗             ∗

A już ptaki w zielonych pogwizdują skwerach,
Sklepy mrugają, bramy domów dzień otwiera.


∗             ∗

Mijam jedwabne łąki. W porannym przezroczu
Stoi chłop i uśmiechem przymrużonych oczu
Pozdrawia ruń młodziutką. Do niego się garnie
Trzoda pastwisk i owoc płomienisty sadów.
Płot w makach: to półnagie dzieciaki sąsiadów
Spojrzeniem pożerają nowiutką młockarnię,
Kupioną za żywy grosz ojców. Młyn pobliski