Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rozdział III


W porankowej świeżości, dopokąd
słońce gdzieś za murami, za dachami,
zanim światło kolorowe poplami
trotuaru nieruchomy prostokąt,

nim z ptakami rosa jasna zagada,
nim kamienie od mgieł nocnych odetchną,
— prędko zbiera się pod szkołą, pod powszechną,
bladej dziatwy niespokojna gromada.

Niby jeleń z czeredy saren,
Bogdan Grzych wysuwa się na czoło,
skacze zwinnie na głaz pod filarem,
ściągnął brwi, patrzy bystro wokoło,

widząc, że już i Andrzej nadszedł,
zrywa z głowy czapkę — i taki
czyniąc gest, jak Antoniusz w teatrze,
jak nie huknie: