Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ta pierwsza — jak ogień i krwią ubarwiona,
druga — dwa zielone grona.

Jedna para — dziwne oczy —
po dachu się wartko toczy,
niby dwa pieniądze duże,
i stacza się, i pierś tłoczy,
jak dwa guzy na mundurze.

Druga para, silna para,
w mózg Andrzeja wejść się stara,
i podsycić tętno w nim,
i promieniem rozbić dym.

Andrzej śpi — i aż do rana
widzi we śnie wzrok Bogdana,
jak stalowa ostra oś,
przeszywający na wskroś.

I wciąż prędzej, mocniej, żywiej,
coraz goręcej, straszliwiej,
dwa złociste grosze tańczą,
tańczą polkę opętańczą,
a w uszach wir gontów, dachówek i płyt.

Gdy Andrzej obudził się — w oknie stał świt.