Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie powraca syn, choć dawno
przeminęło popołudnie.
Już ostygły garnki rdzawe,
stygnie w piecu skąpy obiad.
Nie powraca syn, choć pora
wieczorową świecić lampę.
Za oknami burza, wicher,
tłucze deszcz kroplami w szyby,
pod framugą zabłąkany
przeraźliwie jęczy gołąb.
Muchy włóczą się po kątach.
Pora późna, niespokojna.
Nie powraca syn, choć wargi
tęsknią do ciepłego czoła.

Powiało z ulicy wilgocią na próg,
świsnęły na dole drzwi
— lekki szmer nóg —

i zgarbiony, przygnębiony
wtacza się do izby Andrzej,
głowę cichą, pulsującą
na matczynej składa piersi.
Lecą krople, gołąb grucha,
wyje wicher, wieje burza.
Andrzej, matczynymi dłońmi
ocieniwszy twarz, zasypia.

A kiedy się ocknął, za oknem już był
gąszcz nocy, i wiatr dogorywał bez sił.