Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„W kopalniach i hutach, w powietrzu, w otchłani,
w pustyniach, wśród cegieł stolicy,
na bandę birbantów harują oblani
żelazem po pas niewolnicy.

W kawiarniach, w mgle lamp, muzykanci rzępolą
i dywan przygłusza huk bucisk,
a złota niewola jest również niewolą,
i wyzysk ten sam jest, i ucisk.

Mnie na nic fontanny i szyby lustrzane,
na diabla puchary mi złote,
lecz gadaj, czyś wiernie to rzekł, że dostanę
robotę? prawdziwą robotę?

że matce, gdy ciężkie na żar stawia garnce,
od pleców odejmę ciężaru,
i dłoń, która wiecznie we wrzątku i farbce,
odpocznie od trudu i żaru?

Chcę pracy! Niech będzie kawiarnia, czy piekło,
czy raj nawet, zmoro, wymaluj,
pamiętaj, że podpis — że słowo się rzekło,
a pieniądz jest ziemski: z metalu.

Jeżeli przysięgniesz kwitować miesięcznie,
do grosza, to niechże się stanie!
Adiu! Cukiernikom polecaj i stręcz mnie!
Pojutrze w tym miejscu spotkanie“.

Szedł Andrzej przez piach, jakby wódką się upił,
i nozdrza rozwiane mu drgały.