Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Powodowani troską, że szkolny rok
swój blask ostatni jutro liczy,
mimo w czerepach waszych rosnący mrok,
mimo wasz wicher buntowniczy,
słuchajcie: przebaczamy opór i błąd,
i taka nasza święta wola,
aby jutro, skoro świt, ruszyła stąd
wycieczka do Srebrnego Pola.

„I jeszcze to zapiszcie w niemytych łbach:
na przyszły rok, nim dmuchnie jesień,
żelazne ramię rygla zamknie ten gmach,
a was ministra dłoń przeniesie
na tamten kraniec miasta i z czterech szkół
jeden dom nauki uczyni,
wspólnym blaskiem ogarnie miliony czół,
niby latarnia morska w Gdyni.

„Daleka droga wiedzie w światłości chram,
szlak prawdy zawsze mgłą zasnuty.
Więc wińcie nóg swych małość, gdy przyjdzie wam
siedmiomilowe wdziewać buty.
Wiem, że to będzie trudno dla wielu: mróz
nadgryzie rąk, pył płuca zniszczy.
Ale gdy winnic pańskich plon będzie rósł
i wstanie budżet od gór wyższy,
gdy cierpliwością swoją wzmożecie stan
opancerzenia przeciw burzy,
czyż godzi się cielesnych pamiętać ran?
Niech raczej radość was odurzy!“