Strona:Lucjan Szenwald - Utwory poetyckie.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Choć dawno zapomnieli dziecinnych modlitw,
chociaż wykołysały ich twarde ręce,
Andrzej i Bogdan mieli twarze dziecięce.

Nie wyczytać z pogodnych czół, że o pracę
bili się zmarzłe na kość strzępiąc języki,
nie znać było, że biegnąc przez ludne place,
do zapalniczek sprzedawali kamyki.
Tylko, niby gotowe do lotu race,
w źrenicach migotliwe drżały płomyki,
i pierwszy powiew, który w oczy im wionął,
rozpętał wesołości burzę zieloną:

Teraz, gdy w szkolnej izbie wzbudzony śmiech
przemienił się w przeciągłe rozgłosy ech,
i nad punktów mrowiskiem, nad liter zgrają
pająki światłocienia zwinnie biegają,
żaden głos jedwabistej ciszy nie przedrze,
tylko skrzypi — czy też grzmi — głos na katedrze:

O tym, że banda i że bat,
że bagno, bunt i brud z obory,
że są, na szczęście, okna z krat,
I taran jest, gdy są zatory,
że Boże wesprzyj ziemski tron
i do tych głów oliwy nalej!
A potem zmienił nagle ton
i ciepłym głosem ciągnął dalej: