Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/479

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Łatwo wyobrazić sobie, co biédny Karol wycierpiał i jakiego wstrząśnienia doznał wewnętrznie, kiedy na raz runęły te szklanne pałace domowego szczęścia, a edeny życia spełzły i znikły, jakby zdmuchnięte... Okropna męczarnia — o jakiéj tylko ten mógł mieć pojęcie, co wszystko na raz utracił. On poeta — utracił przedmiot ukochanych marzeń, przedmiot, od którego można się w dalszym żywocie oderwać, ale który prawdziwe życie zaczyna, napełnia je, budzi, ozdabia, uwonnia.
Odtąd, istny zakonnik, zrezygnował ze zwykłych powabów indywidualnego szczęścia, a całkiem zaprzągł się w służbę téj prawdy, która ciągłych i nieustannych wymaga ofiar.
Jakoż w 1848, zagrożony nowem prześladowaniem, może podwójnie srogiem, uszedł za granicę a potem schronienie znalazł we Francyi, téj powszechnéj przystani rozbitków politycznych, i tam przez lat dziesiątek przebywał, poświęcając się pracom poetycznym i literackim, wypowiadającym tę ideę, co ma się stać urzeczywistnieniem ewanielicznego messyanizmu, dotąd gnębionego przez złe, przez pogańskie piekło, niedające mu owocować czynami. Wyznanie to skreślił on w Bratniem słowie do śpiewaka Mohorta, w tych słowach: