Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


razu, pamiętam — szliśmy we trzech: on, Henryk i ja, bulwarami. Przed wystawą jakiegoś magazynu rycin, zatrzymał się Adam i zamyślił, a po chwili macnąwszy się po kieszeni, wszedł do sklepu.
— Tam do biédy! rzekł do mnie Henryk — pewnie coś kupi niepotrzebnego, a kasa pusta...
I zgadł — Adam wyszedł po chwili z ogromnym arkuszem w trąbkę zawiniętym, Henryk spojrzał na mnie znacząco, jakby mówił: a cóż niezgadłem?
Odprowadziwszy Adama na Batignolles, gdzie wtenczas mieszkał, chcieliśmy go pożegnać ale niepuścił, mówiąc: siedźcie, coś wam pokażę. —
Zostaliśmy, a on wziąwszy ów zwój, pokazał nam przepyszną rycinę wyobrażającą ś. Małgorzatę podług sławnego obrazu Rafaela w Luwrze.
— Niemogłem sobie odmówić tego nabytku — rzekł Adam — to mój najulubieńszy obraz z całéj galeryi Luwru: na olejną kopię mię niestać, niechże przynajmniéj mam dobrą rycinę. Patrzcie! co za spokój, jaka świętość, jaka siła ducha w téj chrześciańskiéj dziewicy, pięknéj jak starożytna bogini, niedarmo na jéj widok zwija się w kłębek smok piekielny i pęka.... Malarz stanął tu na najwyższym szczycie natchnienia; niepotrzebujesz komentarza bo w tobie rodzi się na pierwszy rzut oka