Strona:Lucjan Siemieński-Portrety literackie.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


indziéj w takiéj pełni i czerstwości, że poezya pisana — to cień... Pod berłem Śpiewaka Dziadów, zmieniają się role; rzeczywiste życie — to cień; a poezya — to życie, wyraziste i pełne krasy...
Prawa geniuszu niedadzą się zanegować. A któż nieprzyzna geniuszu naszemu wieszczowi? Czyż niewycisnął on swojego piętna na wszystkiem czego dotknął, czyż nie zlał w jedno, co było rozpierzchłe? Czy niebrał natchnienia z pierwszego źródła — z nieba? — Śmiesznem byłoby twierdzić, aby geniusz miał posłannictwo tworzyć z niczego, lub nowe idee w świat wprowadzać. Przeciwnie; on pojęcia mgliste, zawichrzone, niezastosowane, źle wyrażone, łowi że tak powiem w przelocie, zatrzymuje, wiąże w ład i zmusza objawić się w swém dziele. Największa oryginalność będzie podobnoś w téj potędze wielkiego ducha, co umie owładnąć własne pomysły i otrzymać z nich co zechce... tak, że jedyna tajemnica geniuszu podobnie jak cnoty byłaby w panowaniu nad sobą. Bóg władzę tworzenia zachował dla siebie; wielkim zaś ludziom przekazał drugi ten stopień swojéj potęgi: jedność wprowadzać w liczbę, harmonię w zamęt.
Lecz dość tego — jam tylko miał kreślić w krótkości żywot poety zebrany z niektórych dat przy