Strona:Lubiński - Wianek z Górnego Śląska.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jemu wtoruje wypędzając trzody
Pasterz w głąb lasów, głośno wykrzykując. —

Wszystkim się wiosna mile uśmiechnęła,
Sypając kwiaty, radość z pełnej dłoni;
Mimo mnie przeszła, mnie tylko minęła,
Jak zbłąkanego ptaka gdzieś na błoni.

O wiosno, wiosno! czemże zawiniłem,
Żeś obojętnym mnie minęła krokiem!
Żeś kwiat nadziei, którą się karmiłem
Przez zimę, ty zabiła zimnem okiem!





Do słonecznika.

Ty się martwisz, słoneczniku,
Gdy się codzień słońce kryje,
Wszakże znowu rano wstanie, —
Z niem wesołość twa ożyje.

Ale dla mnie obumarło
Jak ginący głos piosenki,
A ja biedny odtąd darmo
Nowej wyglądam jutrzenki.