Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to byli ludzie zacni i z pewnemi zasobami naukowemi, nie powiem żeby go rozumieli, a przynajmniéj wielu z nich; przychodzili, słuchali, powtarzali słowa usłyszane bez zagłębiania się w naturę umysłu człowieka, który przed nimi dzień po dzień rozkładał Księgi Pielgrzymstwa Polskiego. Z téj strony zagadnięty, ożywiał się, rozpromieniał, przypominając wyrażenie własne z owéj improwizacyi u Januszkiewicza: «Ja rymów nie składam, tylko w piersi uderzę i zdrój słów wytryśnie»; ale o podobną chwilę trudno było w ciągu rozmowy o rzeczach najczęściéj potocznych, o polityce i biedach emigranckich codziennych.
Najczęściéj Adam siedział zasępiony i jakby na pół w marzeniu, puszczając kłęby dymu z fajki i odymając usta, jak człowiek któremu ciężą drobiazgi życia.
Rozmowy ojca, kiedy był więcéj ożywiony, miały charakter jego Ksiąg Pielgrzymstwa; mówił przypowieściami i nawet biblijnym stylem, bez nastrajania się do téj formy; to było u niego tak prostém, tak odpowiedniém jego charakterowi, że nieraz słuchając go mówiącego o Polsce, rytm jakiś przenosił mnie myślą na palestyńskie wybrzeża i na pustynię, którą przechodził lud wybrany. Jego powieści o szlachcie litewskiéj, o zwyczajach krajowych nawet, miały odrębny wyraz, coś dziwnie patryarchalnego i dobrodusznego razem. Był jakby wschodni, poważny mąż, pan namiotów, król wytrącony ze swojego państwa nieskończonéj przestrzeni... Jego upodobanie w słuchaniu opowiadań Henryka, które tworzył ten szlachetny i całkiem mu oddany jakiś z Lubelskiego arab, niech mi poświadczy. Jeden Henryk najlepiéj wtórował wieszczowi, ale bo téż to był nieoceniony artysta; emigracya podrwiwała sobie