Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolei żelaznéj i otoczona ogrodem, miała podobieństwo pałacyku jakby dziedzica miejscowości; pan Adam wprowadził nas i Estkowskiego przedstawił żonie. Z dzieci, prócz Józia, nie było nikogo. Józio jeden, Benjaminek domowy, przy stole siedział obok matki, a było to dziecko dziwnie piękne i rozumne.
— «Kto ty jesteś? odpowiedz tym panom», rzekł ojciec.
— «Józef Mickiewicz, emigrant polak.»
— «Widzicie że wie o sobie i zna swoje tytuły.»
Po obiedzie rozmawiał i wypytywał się o wychowanie w księstwie i o stan umysłów pod względem wyobrażeń patryotycznych. Estkowski prosił go o jedno słówko dla swojéj szkoły.
— «Nic nie mam gotowego coby się przydało, ale oto (zwracając się do mnie i biorąc manuskrypt ze stolika) początek recenzyi dzieła Aleksandra Wacława Maciejowskiego o Literaturze Polskiéj, weź proszę, poprowadź daléj i przeszlij to swojemu przyjacielowi. Maciejowski jest człowiek pracowity niezmiernie, ogromnie wiele czytał, ale w wielu rzeczach myli się, mówiąc o Słowianach i literaturze, dlatego najwięcéj, że ludu nie zna jak tylko z książek. Potocki i Chodakowski trafiali na rzeczy źródłowe; u Polewoja przepadło tyle pięknych prac. Chcąc mówić o duchu ludu należy z nim zetknąć się w życiu. Ty to rozumiesz.»
Wyrazu bracie używał Adam ilekroć mówił z wysokości swojego ducha, ty kiedy mówił do blizkiego sobie sercem.
Wyszliśmy na ogród, w którym francuz właściciel pourządzał groty jakieś sztuczne. «Nie chodźmy tamtędy, nie lubię tych głupstw. Natura jest wielką we wszystkiém co