Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


grał wydane przez siebie pośmiertne dzieła Szopena. Adam słuchał, stojąc we drzwiach prowadzących do bawialnego pokoju, ale wykonanie widocznie ojca nie porywało, każde silne uderzenie niecierpliwiło go, za to gra księżnéj Marceliny, która zaproszona siadła do fortepianu, odmienne na wszystkich zrobiła wrażenie. «To, to Szopen, księżna słucha go wciąż, pamięcią powraca do jego sposobu grania, i inicyuje się z nim coraz więcéj; wielkich mistrzów inaczéj grać nie można jak przez tradycye oralne. Nuty to są nuty, ale muzyka spoczywa w tym, kto te nuty czyta i zaraz widać kto czyta A, B, C, a kto mówi mowę.»
Wieczorem pokazywałem panu Adamowi list Szopena, który w oryginale, dzięki Teofilowi Kwiatkowskiemu, posiadam, a którego kopią przepisuję ci, bo warto żeby taka rzecz wyszła publicznie: list ten pisał Szopen do przyjaciela swego Domaszewskiego w Warszawie:

Kochany Domusiu!
«Gdybym miał przyjaciela, co przed kilku laty (przyjaciela z dużym krzywym nosem, bo tu o innych nie mowa), a więc który przed kilkoma laty ze mną w szafarni bąki zbijał, co mnie zawsze z przekonaniem kochał, a mego ojca i ciotkę z wdzięcznością kochał i żeby ten, wyjechawszy z kraju do mnie ani słowa nie pisał, myślałbym najgorzéj o nim i chociażby on potém płakał i prosił, nie przebaczyłbym mu, a ja Fryc mam jeszcze tyle czoła, że bronię moję negliżencyą i odzywam się podługo cichém siedzeniu, jak bąk co z wody łeb wyścibi wtenczas kiedy go nikt o to nie prosi. Ależ nie będę się silił na eksplikacye, wolę się przyznać do winy, która