Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

jednéj sprawy świętéj i wiecznéj, czas pozacierał ostrości, zbliżył i pomieścił obok siebie, tak Piotra jak Pawła i bratnie te duchy świecą nam na niebie wiary naszéj religijnéj, broniąc jéj równie przeciwko Cezarom jak i przeciw rewolucyjnym falangom. Na polityczném Polski niebie podobnie zajaśnieją poeci narodowi, niezgodni co do czasu i środków, ale w celach połączeni jednych.
Czyn, czyn! wszystko u Adama w tém się zawierało słowie, sztukę jako robotę artystyczną podziwiał, ale lekceważył: «gdyby tę miłość którą artyści wkładają w swoje obrazy włożyli w społeczeństwo, mówił raz do mnie, bah! jakieżby to cuda historya zapisała». Te same prawie słowa powtórzył do malarza artysty, Aleksandra Z... we Florencyi, na widok sławnych drzwi Baptisterium.
«Piękna to rzecz, ale Kościuszko robił piękniejsze.»
Półsłówek tych, drogi panie Władysławie, pomijać nie mogę, bo one objaśniają człowieka.
Niechęć narodowa do Niemców wynikała z jego na wskróś litewsko-polskiéj duszy, czytał wszystkich znakomitszych, podziwiał wielu, dla Gœthego miał rodzaj uczucia jak dla czarownika sztuki, ale kiedym mu raz na poranku muzykalnym u Fontany, kiedy się zgadało o Gœthem którego chwalił, rzekł: «my mamy naszego Anti-Wertera i Anti-Fausta a ci nas czegoś więcéj uczą jak egoizmu», uśmiechając się odparł: «A ty, zkąd to wiesz?»
Rozmowę przerwał pan Albert G. zwróciliśmy się do księżnéj Marceliny, która w téj chwili weszła do salonu, ale uśmiech Adama pozostał mi w pamięci jak wykradziony sekret.
Poranek ten przyjemne zostawił mi wrażenie. Fontana