Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Paryża. Biedny Adamie! lepiéj ci było w Arabistanie, w Kozłowie i już nie wiem w jakich dziurach Tatarskich jak w téj pysznéj stolicy, która przybrała sobie tytuł metropolii świata, depozytu mądrości, gustu i potęgi.... Zamyśliłem się, dwa długie cienie przemknęły się przez koło na piasku które wykreśliłem kijem, akcent rodzinny mnie doleciał, indywidua głoszą: «Mierosławski, Czartoryski; Czartoryski, Mierosławski; Towiański, Czartoryski; on im służy, ale powiadam ci, że im służy, duchy gadają że odkąd oddalił się od mistrza częściéj do Hotelu Lambert zagląda...» a! a! to już wiem o kim mowa, miłosierny Boże co tu za walka w téj kropli octu... Bywaj zdrów ogrodzie Tuleryjski, przewiany wonią kamiennego węgla i lekko pyłem ulicznym pokryty.
Z powrotem do stancyjki mojéj na Grenelle, zastałem list Norwida, który do dziś dnia przechowuję: «Pan Adam wie o tobie i przyjmie cię, idź, uprzedziłem go jak wypada, możesz kiedy chcesz, ale najlepiéj z rana».
Otóż mi klina zabił; całą noc przygotowywałem się do téj wizyty, i wyszedłem na tém co do słowa wedle wyrażenia poety:

Gdzie wiele przygotowań tam nic z dyalogu.

Kiedym się znalazł w obec Adama zapomniałem w gębie języka najkomplelniéj.
Mieszkaliście wówczas na l’Ouest, wprost bramy ogrodu Luxemburskiego; z początku maszerowałem odważnie, ale kiedy przyszło wejść do domu, uczułem nieco gorąca i pewną niespokojność; jedno z dzieci, zdaje mi się że nieboszczyk Oleś, pokazał mi schody na górę do pokoju ojca: par ici!