Strona:Lewis Wallace - Ben-Hur.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Ilderim jest zacnym człowiekiem; a choć jest wrażliwy jak każdy Arab, to niepodobna przypuszczać, aby kłamał.
Malluch opowiadał z niezwykłem przejęciem się. Wielbłądy zostawione same sobie, zwróciły z drogi na trawę.
— Ilderim nic więcej nie wie o tych ludziach? — pytał Ben-Hur. — Co się z nimi stało?
— Owszem, wie i to właśnie było powodem jego przybycia do Simonidesa w dniu, o którym ci mówiłem, albowiem wieczór dnia poprzedniego zjawił się był Egipcyanin u niego.
— Gdzie?
— Tu, u wejścia namiotu, do którego jedziemy.
— I zdołał go poznać?
— Tak, jak ty dziś rano poznałeś konie po ruchach i całej postaci.
— Zresztą po niczem więcej?
— Jechał na tym samym wielkim, białym wielbłądzie, wymówił nazwisko Baltazara Egipcyanina, jak przed laty.
— To nowy cud Wszechmogącego — rzekł Ben-Hur wzruszony.
Zdziwiony tem uniesieniem Malluch, zapytał:
— Dlaczego?
— Wszak nazwałeś Egipcyanina Baltazar?
— Tak.
— Azaż nie pomnisz, że to samo imię podał nam dziś starzec u krynicy?
Przypomnienie to wzruszyło i Mallucha.
— Prawda, zaiste — odparł — nawet wielbłąd ten sam, a ty ocaliłeś temu człowiekowi życie.
— Kobieta zaś — rzekł Ben-Hur jakby do siebie — kobieta, to jego córka?
Zamyślił się i możnaby przypuścić, że nowe, bardziej od Estery pożądane zjawisko, zagości w jego duszy — ale tak się nie stało.
— Powiedz mi jeszcze — mówił dalej — czy ci trzej mieli pytać: gdzie jest Ten, który ma być królem Żydów?
— Nie zupełnie tak. Słowa były: co się narodził, Król żydowski. Tak mówił i słyszał Szeik na pustyni, i odtąd czeka przyjścia tego króla, i nikt nie obali jego wiary w tym względzie.