Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


naszym żadnych kółek, nie krążyły wśród nas żadne teorje. Byliśmy młodzi i żyliśmy według praw młodości; uczyliśmy się i bawili. Byłem wesoły i żwawy przytem bogaty. Miałem dzielnego wałacha, jeździem z pannami (łyżwy jeszcze nie były w modzie); z towarzyszami hulałem (wtedy nie piliśmy nic prócz szampana, o ile były pieniądze). Największą uciechę sprawiały mi wieczory i bale. Tańczyłem dobrze i byłem nieszpetny.
— Niema co udawać skromnego — wtrąciła jedna ze słuchaczek. — Znany pana portret. Nietylko nie był pan brzydki, ale piękny.
— Mniejsza o to. W owym czasie, kiedy się kochałem, byłem na ostatnim balu u gubernatora szambelana, bogatego, gościnnego i dobrodusznego starca. Przyjmowała gości żona jego ubrana w aksamitną suknię, ubrylantowana, wydekoltowana na wzór portretów Elizawety Piotrówny. Bal był cudowny: prześliczna sala, znakomita muzyka, wspaniały bufet i morze szampana. Chociaż lubiłem wino, nie piłem, bo byłem pijany z miłości, ale tańczyłem za to do upadłego i walce i polki, naturalnie, ile można było, z Wareńką. Miała ona białą suknię z różowym paskiem, białe skórkowe rękawiczki, nie dochodzące do łokci i białe atłasowe buciki. Mazura odbił mi inżynier Anisimow — dotąd nie mogę mu tego przebaczyć — poprosił ją, gdy tylko weszła, a ja tymczasem jeździłem do fryzjera