Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i po rękawiczki i spóźniłem się. Mazura więc tańczyłem nie z nią, a z pewną niemeczką, do której troszkę przedtem się zalecałem. Zdaje mi się, że owego wieczoru bardzo byłem dla niej niegrzeczny — nie mówiłem z nią, nie patrzałem na nią — śledziłem wzrokiem wysoką, strojną postać w białej sukni z różowym paskiem, promieniejącą, zarumienioną twarz i życzliwe, miłe oczy. Nie ja jeden, wszyscy na nią patrzyli i zachwycali się nią, równie mężczyźni jak kobiety mimo to, że ona wszystkie je zaćmiła. Niepodobna było nie zachwycać się.
Mazura niby tańczyłem z kim innym, a w rzeczywistości cały prawie czas z nią. Bez zmieszania szła ku mnie przez całą salę, a jak porywałem się, nie czekając zaproszenia, za co spotykałem się z cudnym uśmiechem. Kiedy nas podprowadzili ku niej, a ona nie odgadywała mej nazwy, podając komu innemu rękę, wzruszała szczupłemi ramionami, a dla okazania żalu i pocieszenia mię, uśmiechała się również.
Gdy w czasie mazura zapowiedziano figurę z walca, długo z nią tańczyłem; ona dysząc, z uśmiechem mówiła mi „encore”[1], to też walcowałem bez końca, nie czując już siebie.

— Ja myślę, że pan nawet i ją czuł, obejmując ją w pół — rzekł jeden z obecnych.

  1. Jeszcze.