Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ktoś zapukał w drzwi inaczej jak zwykle. Był to wujaszek.
— Proszę.
Wujaszek przyszedł sam w poselstwie od Lizy.
— Wiesz ty? Ja w istocie widzę jakąś zmianę w tobie a rozumiem — mówił — jak to może dręczyć Lizę. Wiem, żeby ci ciężko było zostawiać tu zaczętą robotę, ale — que veux tu — jabym wam radził gdzieś jechać. Ty będziesz miał spokój i ona. I wiesz? Jabym radził na Krym. Klimat cudny, lekarze są, a traficie właśnie na sezon winogron.
— Wujaszku — zaczął naraz Eugenjusz — można ci powierzyć jedną tajemnicę? Straszną dla mnie, haniebną tajemnicę.
— A cóż ty? nie dowierzasz mi?
— Wujaszku, ty mi możesz pomóc — ej! co pomóc, ratować mię! — mówił Eugenjusz. Cieszyła go myśl, że zdradzi wujowi swą tajemnicę, temu wujowi, którym gardził, że się poniży wobec niego, przedstawi w najgorszem świetle. Czuł, że jest podłym winowajcą, pragnął kary dla siebie.
— Mów, kochany. Ty wiesz, że ja cię lubię — zaczął wuj widocznie zadowolony i z tego, że jest jakaś tajemnica, haniebna w dodatku i że się dowie o niej i że może się komuś na coś przydać.
— Muszę najpierw powiedzieć, że jestem ohydny niegodziwiec i podlec. Tak jest — podlec.