Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Szukam cielątka. Gdzie idzie w taki czas? — mówiła swobodnie, jakby z nim rozmawiała codzień.
— Idź do szałasu — krzyknął prawie naraz, sam nie wiedząc jak. Jak gdyby ktoś obcy wymówił za niego te słowa.
Zmięła w palcach chustkę, mrugnęła oczyma i pobiegła z powrotem w ogród, do szałasu, on zaś szedł dalej mając zamiar skręcić za krzakiem bzu również w tę stronę.
— Baryń — usłyszał naraz wołanie za sobą. — Pani prosi na chwilkę.
Był to służący ich, Misza.
„Boże! drugi raz mnie ratujesz!“ pomyślał Eugenjusz i na miejscu zawrócił. Żona chciała mu przypomnieć, że przy obiedzie obiecał jej zanieść lekarstwo chorej kobiecie i prosiła żeby je zabrał po drodze.
Nim znaleziono lekarstwo, upłynęło z pięć minut. Wyszedłszy z domu bał się iść wprost do szaasu, ale gdy tylko oddalił się cokolwiek, natychmiast doń zawrócił. Widział ją już tam w myślach z uśmiechem na ustach; ale nie zastał jej. Nie było i śladu po niej.
Pomyślał, że nie dosłyszała lub nie zrozumiała go — mówił do niej cicho jakby bojąc się, by kto nie usłyszał tych słów, a może być, że i nie chciała przyjść. „Skądże przypuszczenie, że pójdzie na każde jego zawołanie? Ma przecież męża! To tylko ja taki