Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Eugenjusz siedział w domu przy żonie, która dziś marudziła więcej jak zwykłe. Kilkakrotnie zapytała go, dlaczego jest taki niezadowolony — odpowiedział z niechęcią, że mu nic nie jest. Umilkła obrażona.
Siedzieli po śniadaniu w saloniku. Wujaszek opowiadał po raz setny baje o swoich wlelkoświatowych stosunkach. Liza siedziała nad robótką i wzdychała, skarżąc się na niepogodę i ból w boku. Wuj radził jej położyć się, sam zaś kazał sobie podać wina. W domu panowała przygnębiająca nuda. Eugenjusz paląc papierosa czytał jakąś książkę, ale nie rozumiał z niej ani słowa.
— Trzeba zobaczyć tarcice, wczoraj przywieźli — odezwał się naraz. Wstał i wyszedł.
— Weź parasol.
— Eh! nie, mam przecie skórzany kubrak i niedaleko.
Wdział buty i poszedł do fabryki. Nie uszedł jednak dwudziestu kroków, kiedy spotkał ją, idącą naprzeciw, z zapaską wysoko ponad białemi łydkami podniesioną.
Szła przytrzymując ręką chustkę, okutała głowę i szyję.
— Za czem to? — zapytał się nie poznawszy jej w pierwszej chwili. Gdy poznał było za późno. Stanęła uśmiechając się i przeciągle patrząc mu w oczy.