Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że niech tam kto robi, co chce — ona spełniła swój obowiązek.
Eugenjusz udawał, że tego nie widzi, starał się być wesołym i obojętnym i opowiadał jak sam wybierał i zaprzęgał konie, a klacz Kawuszka poszła doskonale chociaż po lewej stronie.
— Pewnie, wam czas do ujeżdżania koni, kiedy się posyła po doktora. Niech go także wywalą do rowu — mruczała Barbara Aleksówna, patrząc z pod okularów pod światło na swą robotę.
— Musiałem przecie wysłać jakieś konie. Wziąłem najlepsze.
— O! ja dobrze wiem, jak one niosą. Pamiętam tę jazdę nimi.
— Był to stary jakiś wymysł Barbary Aleksówny, Eugenjusz odpowiedział dość nieostrożnie, że owa jazda nie była taka niebezpieczna.
— Zawsze mówię — żachnęła się teściowa — że ciężko żyć z fałszywymi ludźmi. A ja wszystko zniosę, tylko nie to.
— No, już mnie najciężej znosić — rzucił Eugenjusz.
— A, to widać.
— Co takiego?
— Nic, nic. Ja tu oczka liczę.
Liza ujęła rękę męża, stojącego przy niej. I uścisnęła ją. „Znieś to dla mnie. Przecież ona nie przeszkodzi nam kochać się“ — mówiły jej oczy.