Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Dobrze — szepnął Eugenjusz i pocałował jej rekę a potem drogie, kochane oczy, zamykające się pod ciężarem pocałunku.
— Byle znów nie to samo — mówił z cicha. — Jak się czujesz?
— Boję się pomylić, ale zdaje mi się, że mu się nic nie stanie.
— Doprawdy, strach pomyśleć.
Mimo nalegania Lizy Eugenjusz przesiedział koło niej całą noc, drzemiąc tylko w krześle. Chciał być na każde zawołanie.
Noc jednak przeszła spokojnie i gdyby nie posłano po doktora, byłaby wstała.
W południe przyjechał doktór. Powiedział ze drugorzędne objawy mogą budzić pewne obawy i niebezpieczeństwo, ale właściwie mówiąc niema stanowczych oznak, a chociaż niema i dowodów zupełnego bezpieczeństwa — to można przecież mieć nadzieję. Trzeba leżeć, a chociaż on nie jest zwolennikiem lekarstw, zapisze je jednak. Barbarze Aleksównie tłumaczył przytem obszernie budowę anatomiczną kobiety, przyczem ta kiwała poważnie głową. Wziął honorarjum i wyjechał, chora miała przez tydzień zostać w łóżku.