Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tunek? Pewnie, trzeba coś robić. Nie myśleć o niej wyrzucić ją z pamięci“.
Nie myśleć! I właśnie zjawiła mu się przed oczyma rozkoszna, nęcąca, wiodąca go w cień leszczynowej gęstwiny.
Przypomniał sobie, że czytał gdzieś o jednym starcu, który miał uleczyć młodą dziewczynę przez wkładanie rąk na nią. Ten drugą rękę położył wprzód w żar i opalił ją sobie do żywego mięsa. „Teraz myśl o niej“ mówił do siebie z ironją. Z bólu cofnął opalony palec, odrzucił zapałkę i zaczął się śmiać z siebie. „Głupstwo! To nie pomoże. Trzeba samemu wyjechać albo ją oddalić. Tak, mężowi dać ile, zechce, byle się przeniósł do miasta czy gdzie indziej. Ale to się rozniesie. Mniejsza o to. Lepsze to, niż ciągłe niebezpieczeństwo. Tak, trzeba się o to postarać“ — mówił do siebie w duchu, wciąż widział ją przed sobą. Dokąd ona poszła? zapytał naraz głośno. Zdawało mu się, że ona zobaczyła go w oknie, a teraz spojrzawszy na niego wzięła pod rękę jakąś towarzyszkę i skierowała się w ogród wymachując zamaszyście ręką. Nie wiedząc właściwie po co, pogrążony wciąż w myślach, wszedł do kancelarji.
Wasyl Nikołajewicz, w odświętnym surducie, wypomadowany, siedział przy herbacie z żoną i gośćmi.