Strona:Lew Tołstoj - Djabeł.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Uśmiechając się do swych myśli, stanął u drzwi do swego pokoju. Ale nie zdołał nacisnąć klamki, gdy otworzyły się same a on zetknął się z idącą naprzeciw kobietą, która boso, z podniesioną zapaską i zawiniętemi rękawami niosła wiadro pełne wody. Uchylił się, aby ją przepuśnić, ona zaś stanęła również usuwając się i poprawiając chustkę na głowie.
— Idź-że, idź, ja zaczekam — zaczął mówić Eugenjusz i naraz urwał.
Ona z uśmiechem w oczach spojrzała na niego wesoło i spuściwszy zapaskę, przeszła obok.
„Ach! głupstwo!... Cóż znowu? Nie może być!” mówił do siebie nachmurzony wstrząsając się jak od much i mocno niezadowolony z tego, że ją spotkał. Zły był i dlatego, że nie mógł oderwać oczu od tego, jędrnego ciała, rąk i szyi, od pięknych fałdów koszuli i czerwonej spódnicy wysoko podniesionej nad łydkami.
„Cóż ja patrzę na nią?“ — pomyślał spuszczając oczy. „Aha, trzeba zmienić buty“. Skierował się do swego pokoju, ale po kilku krokach znów oglądnął się jakby na czyjś rozkaz — sam nie wiedział czyj — aby ją jeszcze raz zobaczyć! Właśnie zachodziła za róg sieni i również się oglądnęła.
„Ej, cóż ja robię!* — wykrzyknął w duchu — jeszcze pomyśli... Hm! pewnie już pomyślała“.