Strona:Leo Lipski - Niespokojni.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przestań.
— Dlaczego?
— Bo ty nie leżysz na dnie morza.
Telefon zadzwonił znowu. Dzwonił długo, bardzo długo. Ale teraz nie chciał przestać.
— Wściekł się, czy co?
Emil powoli wstał. Rozmowa. Bardzo krótka. Wraca i mówi:
— To był telefon z kliniki. Coś się stało mojej matce.
Ubrał się i wybiegł. Ewa była przez sekundę jak sparaliżowana. Potem ubrała się też. Kręciła się przed kliniką, jak dzikie zwierzę, uwiązane. Pamiętała tylko jodły z tamtej nocy.
Potem Emil zeszedł bardzo blady i uśmiechnął się:
— Moja mama umarła.
Kręcili się obydwoje, jak dzikie zwierzęta, tam i z powrotem.
— Ojciec nic o tym nie wie jeszcze. Ten idiota lekarz dyżurny myśli, że będę od razu chciał popełnić samobójstwo. Ojciec przyjdzie tu za jakieś pół godziny. I to ja mu to muszę powiedzieć.
Milczenie. Chodzili coraz bardziej nerwowo, coraz bardziej zdyszani.
— Ja będę musiał powiedzieć: „Mama umarła”, chyba tak? Co?
Ona milczała.
— Chyba tak? Kiedy on wreszcie przyjdzie?
Wtedy ona wzięła go delikatnie za ramię i pocałowała w oczy. Wtedy na zakręcie ukazał się Filip z docentem neurologii (jeszcze) N. Rozmawiali o czymś zapalczywie. On